23 Responses

  1. E.W.
    29 maja 2011 at 15:59 | | Reply

    „astronomiczne kwoty długu zmuszą ich w pewnym sensie do tak desperackich kroków jak znaczna dewaluacja wartości naszej waluty”
    Nieprawda, działa to zupełnie odwrotnie. Na przykładzie Polski: im silniejszy złoty, tym mniejszy dług w euro. Dlatego Ministerstwo Finansów interweniuje teraz na rynku walutowym.

    Co do złota też nie byłbym taki pewny, bo złoto tak naprawdę jest jak papierowy pieniądz – nie w sobie żadnej wartości.

    Co innego srebro, które jest wykorzystywane w przemyśle. Ale w związku z ostatnimi manipulacjami nie wiem co już o tym myśleć.

    Nieruchomość wydaje się najrozsądniejszą inwestycją. Ale nie w Polsce, gdzie są one znacznie przewartościowane.

    Patrząc na powyższe, najlepszą inwestycją jest inwestycja w siebie.

  2. Mariusz
    30 maja 2011 at 11:40 | | Reply

    „Istnieją także oparte na fizycznym złocie produkty oszczędnościowe, gdzie wpłaca się co miesiąc określoną kwotę, a firma zamienia je na fizyczne złoto.”

    nie ufałbym takim instytucjom. Wg mojej opinii w przypadku jakiegoś ogromnego krachu możesz zostać jedynie z papierkiem, że ta firma jest Ci coś winna i tyle zobaczysz swoich pieniędzy lub złota. Wyobraź sobie też, że podczas ogromnego krachu wybuchają zamieszki lub wojna. Co wtedy? Wojsko zajmuje taką firmę, żeby zabrać złoto dla potrzebującego Państwa, a Ty zostajesz z niczym. A gdybyś miał monety bulionowe, to zabierasz je do kieszeni i uciekasz.

    @E.W.
    złoto nie jest jak papierowy pieniądz! Nie możesz go dodrukować itp. Zresztą w przypadku zagrożeń ludzie od zarania dziejów uważali złoto za najpewniejszy rodzaj pieniądza. Jest to metal, który nawet jak nie będzie miał zastosowania w przemyśle, to będzie uważany za tak zwaną „twardą walutę”.

  3. E.W.
    31 maja 2011 at 13:51 | | Reply

    @ Jerzy

    „Im silniejszy złoty, tym dług w euro jest mniejszy, ale to tylko pozornie, bo to działa tylko na jakiś okres czasu.”
    Wcale nie popieram sztucznego umacniania złotego, tylko zaprzeczam słowom, że dewaluacja waluty jest przyczyną wysokiego zadłużenia. To zależy od kraju. USA jest to na rękę, bo całe zadłużenie mają w USD. W przypadku Polski to się nie uda. I zadłużenie nie było przyczyną wcześniejszych dewaluacji złotego.

    „Jak zamierzasz inwestować w siebie? Temat jest na pewno ciekawy!”
    Zamiast kombinować w co zainwestować kapitał, to może warto zdać taki egzamin na maklera kosztujący 600 zł? Wyższe zarobki = wyższe oszczędności (w normalnych przypadkach). A męczyć się w co zainwestować 5000 zł – bez sensu. Chyba że dla samej nauki na przyszłość.

  4. Bumber
    Bumber
    26 czerwca 2011 at 10:46 | | Reply

    Pozwolę sobie skomentować.

    Zaobserwowałem bardzo duży zapał Autora (nie tylko w tym wpisie, ale ogólnie na całym blogu) do udzielania rad innym w kwestii własnych finansów i komentowania bieżących wydarzeń gospodarczych. Idea jak najbardziej słuszna, mam jednak zastrzeżenia do kwestii merytorycznej niektórych wpisów.

    Zacznę od tej słynnej dewaluacji. Co do Białorusi – zgoda, tam rząd faktycznie zdewaluował rubla wobec dolara. Bo dewaluacja jest możliwa tylko w przypadku istnienia kursu sztywnego, ustalonego przez rząd na danym poziomie. Utrzymanie takiego kursu kosztuje, trzeba działać przeciwko siłom podaży i popytu na własną walutę, by kurs nie uległ zmianie. Gdy państwo nie ma już na to środków, przeprowadza dewaluację lub rewaluację własnej waluty (w zależności od kierunku zmian kursowych). I z taką właśnie sytuacją mamy do czynienia na Białorusi.

    „Np. to, że jeśli oszczędził powiedzmy 100tys. rubli, to obudziwszy się rano 24 maja 2011 okazało się, że mimo iż ma papierki z napisami o łącznej wartości 100tys. rubli, to kupi za nie połowę mniej!”
    Połowę mniej, ale dolarów. 🙂 Przy założeniu braku inflacji, siła nabywcza rubla wewnątrz kraju nie zmienia się po dewaluacji waluty, maleje zaś wobec produktów pochodzących zza granicy, za które trzeba płacić w walucie obcej.

    Bo sytuacja na Białorusi jest o tyle zła, że mamy tam do czynienia z przyspieszającą inflacją. To dlatego mieszkańcy wykupują ze sklepów wszystko, co ma jakąkolwiek wartość. Zachowania te są w pełni racjonalne w przypadku szybkiej utraty siły nabywczej pieniądza. Dla Białorusinów nie jest rozwiązaniem kupno metali szlachetnych, bo… nie mogą tego zrobić. Zabrania prawo i tyle. A gdy wszystko nagle drożeje (i to szybko!), pieniędzy trzeba się pozbyć – zamienić je na cokolwiek, co ma jakąś wartość. Warto przypomnieć sobie sytuację Polski w pierwszej połowie lat 90. Mieliśmy hiperinflację, a ludzie kupowali co popadnie, żeby nie stracić. Na Białorusi dzisiaj jest bardzo podobnie.

    „Dodrukowanie pieniędzy. To operacja prosta i skuteczna. Dodruk pieniądza powoduje chwilową poprawę „wskaźników ekonomicznych”. Kosztem oczywiście najbiedniejszych. Panowie w krawatach w zaciszu gabinetu Rady Polityki Pieniężnej decydują ile jest warte są pieniądze, na które tak ciężko wszyscy pracujemy.”
    Mechanizm jest następujący: dodruk pieniądza najpierw powinien spowodować wzrost popytu, co powinno przełożyć się na wzrost produkcji, a dalej wzrost płac, co w efekcie powinno zwiększyć oczekiwania inflacyjne. Czyli krótkookresowo mamy poprawę tych „wskaźników ekonomicznych” (za Autorem biorę w cudzysłów). Efektem ubocznym jest inflacja. W przypadku kursu płynnego (a taki mamy w Polsce) inflacja może (ale nie musi, zależy to od wielu czynników, które dla uproszczenia pomijam) doprowadzić do deprecjacji waluty na rynku walutowym. Deprecjacji, a nie dewaluacji. Naturalnie na kurs waluty ma wpływ nie tylko inflacja czy pośrednio dodruk pieniądza. Za przykład niech służą Stany Zjednoczone – kurs dolara niewiele się zmieniał po ogłoszeniu kolejnych programów luzowania ilościowego.

    Zresztą dodruk pieniędzy wcale nie jest tak prostą operacją, jak Autor opisał. Te pieniądze trzeba przecież wprowadzić jakoś do obiegu. W USA odbywa się to tak, że Fed (odpowiednik naszego NBP) kupuje od rządu obligacje i płaci za to cieplutkimi dolarami prosto z drukarni. A rząd dalej rozprowadza ten kapitał w formie wszelkiego rodzaju dodatków, subwencji, dopłat i zapomóg.
    W Polsce natomiast konstytucja zabrania monetyzacji długu – bank centralny nie ma prawa skupować obligacji skarbu państwa. Po prostu nie może i już. Dlatego nie musimy obawiać się dodruku pustego pieniądza.

    Przy okazji komentowania tego fragmentu wpisu, pozwolę sobie napisać kilka słów o podejściu Autora do całego systemu finansowego. Takie sformułowania jak „sprytny trick bankowców-złodziei”, „efekty zbrodniczej działalności”, „złodziejskie narzędzia”, „obrabować nas”, „ochrona kapitału przed rabunkiem państwa”, czy (z innych wpisów) „oni są na wygranej pozycji a my na przegranej” świadczą o anty-establishmentowej postawie Autora, żeby nie powiedzieć – wrogiej. Przeświadczenie, że „my” jesteśmy biedni i bezradni, a „oni” chcą nas za wszelką cenę okraść i oszukać, nie służy dobrze konwencji tego blogu, jaką jest pomoc i doradzanie innym w trudnej materii finansów osobistych (a także publicznych, o czym świadczy powyższy wpis o dewaluacji). W bankach pracują tacy sami ludzie jak my. Oni też zarabiają na swoje utrzymanie, zaciągają kredyty i je spłacają. Nie widzę powodu, by z góry uznawać tych ludzi za złodziei. Oferując nam kredyt, bank wcale nie chce nas okraść, tylko zarobić. Bo to to jest ten cały „zły” system finansowy – jedni mają nadmiar gotówki, inni jej potrzebują, a system umożliwia „spotkanie” tych ludzi i przepływ środków pieniężnych. Nie widzę w tym nic zdrożnego. Również polityka rządu nie ma na celu zubożenia własnych obywateli, wręcz przeciwnie. Żadnemu politykowi nie zależy na tym, by gospodarka jego kraju podupadła. Dlatego uważam, że takie komentarze Autora wcale nie pomagają zrozumieć tej trudnej materii, a mogą nawet przyczynić się do szczerzenia się niezdrowych poglądów.

    Wracając do dewaluacji, odpowiedź na pytanie, czy Polsce grozi dewaluacja, w świetle moich powyższych wywodów jest przecząca. Dewaluacja nam nie grozi, bo od 2000r. istnieje w Polsce system kursu płynnego, gdzie dewaluacji po prostu przeprowadzić się nie da. Bank centralny nie może ogłosić, że od dzisiaj euro kosztuje 4 zł – nie może, bo nie ma takich instrumentów, skoro rynkiem walutowym rządzą prawa popytu i podaży i to od nich zależy aktualny kurs naszej waluty.

    W kwestii spłaty „długu narodowego” (a dokładniej długu publicznego, bo taka nomenklatura obowiązuje) należy obawiać się raczej inflacji niż deprecjacji waluty. Większość długu polskiego nominowana jest w walucie krajowej. Inflacja, które powoduje spadek wartości pieniądza, będzie skutkować więc zmniejszeniem realnego długu publicznego. Pod tym względem jest to zjawisko korzystne. Wysoka inflacja wywołuje jednak wiele niekorzystnych procesów w gospodarce, powoduje też wysokie koszty społeczne (koszty zmiany jadłospisów, zdartych zelówek, redystrybucja dochodu, ogólne zamieszanie i niewygoda, itd.). Poza tym inflację bardzo trudno kontrolować, o czym świadczy polityka NBP i RPP.

    No i najważniejsze – ludzie po prostu nie lubią inflacji. Nie lubią, bo w inflacji widzą tylko wzrost cen. A jest to tylko pół prawdy! Umiarkowana inflacja jest bardzo korzystna dla całej gospodarki. Wzrost cen napędza wzrost płac i odwrotnie – skutkiem jest rozwój całej gospodarki. Dlatego też cele inflacyjnym NBP jest inflacja na poziomie 2%, a nie 0%, a deflacji unika się jak ognia. Inflacja jest po prostu pożądana. Ale to temat na inną dyskusję.

    Mam nadzieję, że nie zanudziłem swoim wywodem, chciałem jedynie unaocznić, że tematy, na jakie wypowiada się Autor, wcale nie są tak proste jak wydają się na pierwszy rzut oka i niestety wymagają trochę podstaw teoretycznych.

    W najbliższym czasie pozwolę też sobie skomentować inne wpisy Autora.

    Pozdrawiam
    B.

  5. Bumber
    Bumber
    26 czerwca 2011 at 20:15 | | Reply

    Niestety, ale coś mylisz. 🙂

    Dewaluacja waluty dzisiaj na Białorusi, czy 20 lat temu w Polsce była wynikiem hiperinflacji, nie na odwrót. To, że znikają towary z półek w Mińsku to też jest skutek galopującej inflacji. Rząd był zmuszony zdewaluować walutę, bo w przypadku reżimu sztywnego koszty utrzymywania wysokiego kursu byłyby zabójcze.

    Dewaluacja waluty nie zawsze też wywołana jest inflacją panującą w kraju. Za przykład niech posłuży atak spekulantów pod wodzą George’a Sorosa na funta brytyjskiego w 1992 r. W wyniku gry na zniżkę kursu funta, rząd brytyjski został w końcu zmuszony do dewaluacji waluty i wystąpienia z systemu ERM II. Bez „pomocy” zwiększonej inflacji w kraju. 🙂

    W kwestii siły nabywczej pieniądza – nie jest tak, że wyznacza ją ilość banknotów, jakie posiadasz, ale to, co jesteś w stanie za nie kupić. Pisząc o sile nabywczej, założyłem zerową inflację, by unaocznić Ci, że w wyniku wahań kursowych czy też dewaluacji/rewaluacji siła nabywcza pieniądza w kraju nie ulega zmianie w stosunku do produktów krajowych.

    Zresztą zobacz sam: dlaczego Białorusini kupują towary w Polsce, mimo że rubel został zdewaluowany?

    Fed nie jest prywatną firmą, jest bankiem centralnym, który działa na bardzo podobnych zasadach co nasz NBP. Taka a nie inna polityka jest skutkiem kryzysu finansowego i ma za zadanie złagodzić jego objawy. I to w gruncie rzeczy się udało. Zresztą nawet dodruk pieniądza na tak wielką skalę nie wywołał inflacji w Stanach. Jak to jest możliwe, skoro to taka prosta operacja?

    W pewnych kwestiach nie potrafię Cię zrozumieć, dlatego będę zadawał pytania. Mam nadzieję, że po udzieleniu przez Ciebie odpowiedzi załapię trochę więcej.

    Czy odnoszę dobre wrażenie, że wszystkich, którzy mają majątek większy niż przeciętny w naszym kraju, uważasz za ludzi chciwych, wręcz za złodziei? Czy uważasz, że każdy z nich dąży do okradzenia biedniejszych od siebie, oszukania, upodlenia? W jaki sposób rada nadzorcza banku (dowolnego) może decydować o tym, ile jest warta czyjaś praca? Tego kompletnie nie mogę zrozumieć… Albo w jaki sposób politycy sterują cenami nieruchomości? Takie stwierdzenie to jakiś absurd. O ile mi wiadomo, rynek nieruchomości w Polsce jest wolny, nikt nie ustala z góry, ile ma kosztować ta kamienica, czy tamten dom… Jakie warunki dyktują politycy Polakom? I co ma w tym kontekście wartość pieniądza do zadłużenia?

    Wydaje mi się, że Ty wychodzisz z następującego założenia: wszyscy Ci na górze kradną, a Ci co nie kradną, nie muszą, bo kradli w przeszłości i teraz są bogaci. Oczywiście okradali NAS.

    Mylę się?…

    Rozumiem, że porównanie moich słów do „frazesów Balcerowicza i jego kolegów” powinienem traktować jako zniewagę albo co najmniej umniejszenie wartości moich argumentów.

    Nie wiem, co powie Polak z ulicy – pewnie każdy powie co innego. Nie za bardzo trafiają do mnie takie argumenty. Jeśli już mam się na kogoś powołać, to powołam się właśnie na Balcerowicza niż na „Polaka z ulicy”. Choćby dlatego, że Balcerowicz co nieco o ekonomii wie.

    Nie, to nie jest żart. Nic dzieje się ot tak, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jeśli teraz ceny wzrosną, w najbliższym okresie (rok, dwa lata) wzrosną płace. Tak ten mechanizm działa, nawet jeśli niektórzy nie są w pełni tego świadomi (lub nie chcą tego zrozumieć).

    System finansowy nie jest prosty, bo prosty być nie może – dzisiaj dzieje się tyle, że stopień skomplikowania niektórych operacji finansowych jest nie do porównania z ich odpowiednikami w przeszłości. I wcale nie dlatego, że ktoś kogoś chce oszukać lub okraść…

  6. Krzysztof
    Krzysztof
    17 lipca 2011 at 22:18 | | Reply

    Jeśli jeden deweloper z drugim dogadają się i celowo będą zawyżali ceny to nazywa się to wtedy „zwomą cenową”. Jest to działanie nielegalne i jest na to odpowiedni paragraf.

    Banki i deweloperzy nie ustalają cen mieszkań tylko rynek. Jest duży popyt na mieszkania to i ceny są wysokie. Ceny ziemi rosną i zawsze będą rosły (no chyba, że wydarzy się coś nadzwyczajnego, np. katastrofa ekologiczna).

    Banki nie mogą manipulować kursami walut. Spekulacje na walutach są także nielegne i też za to grozi kara.

    Kryzys w Stanach Zjednoczonych zwiął się z tego, że wielu ludzi tam miała kredyt w baku na mieszkanie. Z czasem coraz więcej ludzi miało problemy ze spłatą tego kretydu, aż dochodziło w końcu do sytuacji, w której bank zajmował mieszkanie. Oczywiście bankowi nie zależy na tym, aby mieć coraz więcej mieszkań, więc je sprzedawał. Takich ludzi, którzy tracili mieszkania było coraz więcej, więc banki takich mieszkań coraz więcej przejmowało i dalej je przedawało. Tylko, że strzedać takie mieszkanie było coraz trudniej, więc banki obniżały coraz bardziej ceny mieszkań. Doprowadziło to do gwałtownego spadku cen mieszkań w Stanach Zjednoczonych. Osoba, która kilka lat wcześniej wzięła mieszkanie na duży kredyt (wtedy jeszcze mieszkania były drogie), w czasie kryzysu nawet gdy chciała sprzedać to mieszkanie nie dostałaby za nie tyle pieniędzy, by spłacić zaciągnięty wcześniej kredyt. Banki natomiast zostały z domami, których ceny z dnia na dzień malały, natomniast brakowało im gotówki. Tak upadł Lemmon Brothers a potem był już efekt domina. Interesem banku jest, aby jego kienci byli wypłacalni. Jeśli bank związałby się z kimś niewypłacalnym to sam na tym straci.

    Zastanawiam się też nad tym czy dodruk pieniądza zawsze jest zły. Obiecnie frank szwajcarski bije wszelkie rekordy. Jest to zła wiadomość zarówno dla Polaków, którzy zaciągnęli kredyt we tej walucie, jak i dla samym Szwajcarów, którzy próbują sprzedawać swoje wyroby za granicą (sery czy zegarki przykładowo). Jestem ciekaw co by się stało, gdyby Szwajcarski Bank Narodowy dodrukowałby pieniędzy. Teoretycznie frank wówczas powinien stracić nieco na wartości, z czego wielu ludzi byłoby zadowolonych (niezadowoleni by byli Ci Szwajcarzy, którzy robili zakupy za granicą). Oczywiście to tylko gdybanie, bo po pierwsze nie wiadomo czy Szwajcarski Bank Narodowy ma możliwość dodrukowania pieniędzy i potem ich wprowadzenia na rynek, a po drugie wcale nie jest powiedziane, że do tym dodruku frank szwajcarski straciłby na wartości.

    PS nie wszyscy ludzie w Polsce mają dom, a mimo to potrafią przetrwać zimę

    Pozdrawiam 🙂

  7. Tek
    Tek
    18 lipca 2011 at 16:26 | | Reply

    „Fed nie jest prywatną firmą, jest bankiem centralnym, który działa na bardzo podobnych zasadach co nasz NBP”
    jeżeli nie jest prywatną firmą to rozumiem, że jest firmą państwową (zależną od rządu USA) – tak? możesz to jakoś uzasadnić?

  8. Marcin
    Marcin
    9 grudnia 2011 at 20:25 | | Reply

    A co ze monetami srebrnymi mającymi nominalną wartość dajmy na to 1 USD? Wszak to waluta, a obrót walutami jest zwolniony z VAT :). Na rewelacje Krzysztofa dotyczące kryształowych intencji banków powiem dwie rzeczy – rezerwa cząstkowa i kreacja pieniądza dłużnego 🙂

  9. Marcin
    Marcin
    9 grudnia 2011 at 21:39 | | Reply

    „Fed nie jest prywatną firmą, jest bankiem centralnym, który działa na bardzo podobnych zasadach co nasz NBP”
    Poproszę źródło tej rewelacji 🙂

  10. Marcin
    Marcin
    10 grudnia 2011 at 04:16 | | Reply

    Jerzy – cytuję za Wikipedią: „Wbrew nazwie sugerującej iż jest to organ federalny, jest to prywatny bank.” http://goo.gl/Jc1um

  11. Marcin
    Marcin
    11 grudnia 2011 at 12:00 | | Reply

    Jerzy, nie zrozumieliśmy się całkowicie :D. Bumber stwierdził: „Fed nie jest prywatną firmą, jest bankiem centralnym, który działa na bardzo podobnych zasadach co nasz NBP”, ponieważ wiem dobrze, że FED jest prywatnym przedsięwzięciem – Prezydent USA mianuje tam tylko takie marionetki, które wykonują polecenia nieusuwalnej Rady – poprosiłem więc o źródło tej rewelacji, że FED = NBP :).

  12. Marcin
    Marcin
    13 grudnia 2011 at 16:21 | | Reply

    Przy takiej możliwości kreacji pieniądza dłużnego przez banki jaka jest obecnie? Przecież większość środków płatniczych (trudno bowiem nazwać zadrukowaną kartkę papieru, za którą stoi jedynie deklaratywna wartość, pieniądzem) jest tworzona „z powietrza” w postaci kredytu mającego pokrycie nie w towarze, ba, nawet nie w depozycie środka płatniczego wysokości równej wysokości udzielanego kredytu, ale ma pokrycie częściowe. NBP wprowadza pieniądze do obiegu kupując nic nie warte zagraniczne obligacje zamiast na przykład kupować od KGHM srebro, które to srebro sprzedawane jest obecnie niemal w całości za granicę. Srebro jest obecnie tak poniżej swojej realnej wartości, że kiedy rynek zrobi korektę to mając zapasy pozbylibyśmy się znacznej części jak nie całości długu narodowego. A tak w razie kryzysu zostaniemy z bezwartościową makulaturą. Paranoja…

  13. Tomek
    Tomek
    14 grudnia 2011 at 10:16 | | Reply

    Dobrze, poczytałem sobie wszystkie komentarze. Jerzy- napisz jakie ta cała dewaluacja, inflacja ma skutki w stosunku do kredytów złotówkowych: np. mieszkaniowe lub inne nieruchomości.

  14. Tomek
    Tomek
    14 grudnia 2011 at 10:40 | | Reply

    Chodzi mi o to czy korzystniej dla mnie będzie mieć wtedy taki kredyt, czy lepiej się go pozbyć ?.

Leave a Reply